Kanały:
Wpisy
Komentarze

Antygona w Nowym Jorku

Wczoraj w Jelczu-Laskowicach miała miejsce premiera sztuki pt. „Antygona w Nowym Jorku”. Jej pomysłodawcą był aktor Tadeusz Szymków, który zmarł nagle, kilka miesięcy temu. Reżyserię dokończył Robert Gonera. Grający w tym spektaklu aktorzy byli „naturszczykami”, wybranymi przez Tadeusza wśród lokalnej społeczności. Wykonali oni ogromną pracę, dzięki której stworzyli pełne i wiarygodne postaci na scenie. Widać było ich wzruszenie, które może pomogło zrealizować dzieło jak najbliższe pierwotnemu pomysłowi. Nikt nie spodziewał się tej nagłej straty w trakcie realizacji. Premiera stała się pożegnaniem wspólnego przyjaciela autorów i widzów „Antygony…”.

Autorką scenografii jest Elżbieta Wernio, a kostiumy wykonali jej studenci z Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Nie pracowali w typowych warunkach teatralnych, bo sceną był zapomniany amfiteatr w starym miejskim parku. Zbite z desek wieże na tle zaniedbanego muru wcale nie „udawały” miejsca spotkań bezdomnych, bo tego typu towarzystwo cały czas obserwowało (i komentowało) akcję. Władze miasta obiecały odnowić park, a może nawet nadać mu imię Tadeusza Szymkowa.

Spektakl miał być zagrany tylko dwa razy, wczoraj i dziś. Równocześnie powstawał film dokumentalny o autorze tego pomysłu. Można mieć nadzieję, że zainspirowani przez niego „naturszczycy” będą kontynuować jego dzieło, tak jak obiecali.

Wczoraj miałam zaszczyt uczestniczyć w prawdziwym pokazie filmów z prawdziwą publicznością, mając miłą świadomość, że mój film też tam będzie (chociaż bladym świtem, ale jednak). Pierwszy raz byłam w Browarze Mieszczańskim, jak się okazało. Ale podobało mi się okrutnie. Niby labirynty ruin i tylne strony zabudowań (te bez okien), ale jakieś takie magnetyczne, wciągające, mięsiste.

Sala kinowa też niczego sobie, z miłą przestrzenią tworzoną przez wysokie drewniane sklepienie, z którego osypywała się biała farba. Dookoła fotografie w ramach Podwodnego Wrocławia, a na środku my, widzowie, w szeregu. Dowiedziałam się w końcu kto to jest Bodo Kox (to znaczy, już poznam z widzenia – bo dowiedziałam się przy okazji poprzedniej tego typu imprezy) ale nie zapamiętałam, kim był drugi wodzirej, ten co trzy razy opowiedział nieśmieszny dowcip o kocie. Kto wie?

Poziom pokazywanych dzieł był bardzo różny (nic dziwnego, skoro i moje się wśród nich znalazło), do kuriozalnych należy zaliczyć hinduski szoł oraz film zrealizowany przez Policję – oba te kurioza emanowały jednak szczerym, wewnętrznym urokiem, za co zdobyły głośne brawa. Policyjny film miał w dodatku Misję – przestrzegał przed nadmiernym spożywaniem alkoholu. In plus należy zaliczyć to, że nie używano w tym celu drastycznych zdjęć zmasakrowanych zwłok, czym chętnie posługują się tak zwani profesjonaliści, podejmując ten temat.

Największe wrażenie zrobił na mnie film pod tytułem „Czarny”, którego reżyserem jest wrocławski twórca niezależny, Dominik Matwiejczyk. Jak się dowiedziałam później, reżyser nie jest już ani trochę żółtodziobem, więc i możliwości ma większe. Oczko wyżej w kierunku profesjonalizmu, porównując z pozostałymi produkcjami. W każdym razie, bardzo dobrze zagrała Maria Niklińska, w roli młodocianej satanistki, ale w istocie wolnomyślicielki. Podobały mi się zdjęcia Piotra Żukowskiego, miały „takie coś”… że z wielu jego obrazów można by zupełnie spokojnie urządzić wystawę fotografii. Potem zauważyłam, że wnętrze Browaru Mieszczańskiego sprawia, że wszystkie filmy wyglądają trochę lepiej (i ucieszyłam się, że mój na pewno też), ale „Czarny” dodatkowo pasował do Browaru scenografią, którą miał w sobie od początku. Tym bardziej było to idealne miejsce na premierę tego konkretnego dzieła, poza tym że wrocławskie, niezależne i tak dalej.

Opowieść też była bardzo ciekawa, chociaż nie tak prowokacyjna i kontrowersyjna, jak ją przedstawiają, ani nie tak mocna i intrygująca, jak mogłaby być. Ale i tak jestem pod ogromnym wrażeniem. Cieszę się, że takie filmy powstają we Wrocławiu, że jest tu kino niezależne, prawdziwe środowisko filmowe… cudownie. Nie widziałam pokazu filmowego od początku, więc nie wiem czy „Czarny” był absolutnie najlepszy ze wszystkich.

Prawo autorskie

Remiksowanie remiksowaniem, ale jak przyjdzie co do czego, jednak większość z nas chce, żeby przestrzegano naszych praw autorskich – zwłaszcza tych osobistych. Poniżej kilka ważnych paragrafów, które cytuję z portalu prawo.interia.pl:

USTAWA
z dnia 4 lutego 1994 r.
o prawie autorskim i prawach pokrewnych
(Dz. U. z dnia 23 lutego 1994 r.)
(sprost.: z 1994, Nr 43, poz. 170, zm. z 1997 r. Nr 43, poz. 272 i Nr 88, poz. 554, z 2000, Nr 53, poz. 637)
Rozdział 1
Przedmiot prawa autorskiego
Art. 1. 1. Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).
2. W szczególności przedmiotem prawa autorskiego są utwory:
1) wyrażone słowem, symbolami matematycznymi, znakami graficznymi (literackie, publicystyczne, naukowe, kartograficzne oraz programy komputerowe),
2) plastyczne,
3) fotograficzne,
4) lutnicze,
5) wzornictwa przemysłowego,
6) architektoniczne, architektoniczno-urbanistyczne i urbanistyczne,
7) muzyczne i słowno-muzyczne,
8) sceniczne, sceniczno-muzyczne, choreograficzne i pantomimiczne,
9) audiowizualne (w tym wizualne i audialne).
3. Utwór jest przedmiotem prawa autorskiego od chwili ustalenia, chociażby miał postać nie ukończoną.
4. Ochrona przysługuje twórcy niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalności.
Rozdział 3
Treść prawa autorskiego
Oddział 1
Autorskie prawa osobiste
Art. 16. Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, autorskie prawa osobiste chronią nieograniczoną w czasie i nie podlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem, a w szczególności prawo do:
1) autorstwa utworu,
2) oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo,
3) nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania,
4) decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności,
5) nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.
Źródło: prawo.interia.pl

O majątkowych prawach autorskich tu nie piszę, ponieważ to całkiem inna sprawa i ją każdy musi we własnym zakresie rozważyć; polecam natomiast portal interia.pl w tej kwestii, ponieważ jak go zwykle darzę pogardą, tak teraz jestem mile zaskoczona porządnym opracowaniem tego tematu przez nich. Można więc przeczytać tam pozostałe paragrafy dotyczące praw autorskich.

Tutaj pozostaniemy przy prawach osobistych, ponieważ to one nam przysługują w dalszym ciągu, nawet jeśli naszą radosną twórczość publikujemy wspaniałomyślnie i nieodpłatnie, na przykład w internecie. W tego rodzaju wielkoduszności pomaga nam wielu internetowych guru, którym zależy na tym, by internet uwolnić, wiedzę upowszechnić, różnice w dostępie do dóbr kultury zmniejszyć, przepaści zasypać i kolejny raz zbawić świat.

Zabierając się do zbawiania świata za pomocą praw autorskich, przypomnijmy sobie jeszcze raz Manifest remikserów o którym już pisałam, oraz posłuchajmy jeszcze raz wykładu Larry’ego Lessiga w TED, który tam także wspominałam. Zainspirowawszy się tym i innymi rewolucjonistami, pozostaje nam tylko wybrać licencję Creative Commons, na jakiej będziemy publikować naszą twórczość. Pomoże ona uporządkować kwestię naszego, mimo wszystko, autorstwa, jeśli nie chcemy się go całkowicie pozbawić.

Jeżeli jesteśmy wyjątkowymi idealistami i korzystamy z oprogramowania Open Source, to miły gest uczynimy, jeśli nasza licencja będzie nawiązywała do tej, na której owo oprogramowanie jest opublikowane. Zajrzyjmy do Blender Institute by poczytać, jak tam to wygląda. Niestety nie każde oprogramowanie jest tak zaawansowane jak Blender. Szczególnie dotyczy to programów do różnego rodzaju grafiki, ponieważ z tym jest podobnie jak w realu; widać różnicę między obrazem namalowanym na płótnie, a obrazem na kartonie, mówiąc metaforycznie. „Płótno” w tym porównaniu zapewnia moim zdaniem tylko Blender, który rzeczywiście jest dość zaawansowany. Natomiast takie rzeczy jak Gimp, to raczej cienkie karteczki ;)

Ale życzę im wszystkiego najlepszego. Komuś do czegoś na pewno się przydadzą. Dowiedziałam się natomiast, że jest całkiem niezły i „otwarty” program do montażu, który nazywa się Cinelerra. Niestety (albo stety?) Cinelerra jest zaprojektowana pod Linuksa, więc trzeba zainstalować ten system operacyjny, żeby ją przetestować. Myślę, że spróbuję, jak zrobię w moim komputerze zaplanowany na niedługo remanent.

Od piątku do niedzieli w Browarze Mieszczańskim potrwa festiwal Podwodny Wrocław 2009, prezentujący wszelką sztukę na temat Wrocławia. Nie ma ona jednak wzruszać emerytów, tylko poruszać (metaforycznie) młodych, pokazywać znanych i nie znanych, ale znających Wrocław i wypowiadających się na jego temat za pomocą fotografii, muzyki, filmu, literatury, czy też sztuki intermedialnej. Przy okazji dowiedziałam się, że twórcą terminu intermedia jest niejaki Dick Higgins, który dokonał tegoż w 1966 roku, należąc do grupy artystycznej Fluxus. Trzeba będzie bliżej się temu przyjrzeć.

Tymczasem, dziękuję Agnieszce Jarząb za włączenie mojej animacji do programu festiwalu. Faktycznie, jeśli się pod tym kątem zastanowić, to film mój jest nieco podwodny. Szczegóły programu są na stronie www.podwodnywroclaw.com a ja oczywiście obiecuję zdać relację z wielce obiecujących wydarzeń. Twórcy festiwalu przewidują nawet koncert Lecha Janerki, co oznacza że będą tam naprawdę same znakomitości. Waham się tylko co do tego ostatniego, bo moja obecność na koncertach Lecha J. zawsze w niewyjaśniony sposób zbiega się z przerwą w dostawie prądu. Nie wiem, czy mam z tym jakiś związek, ale mam nadzieję że tym razem to nie nastąpi. A może powinnam zabrać ze sobą agregat prądotwórczy?

Prasówka artystyczna

Czyli trochę hipertekstu o tym, co czytam. Tym razem niekoniecznie na temat tutejszy (animacje, kino…). Raczej tak, ale generalnie jest to przegląd ciekawych blogów, trochę rekreacyjny. Na przykład takie dyktando, które wkleił u siebie iceteajunkie. No czy nie jest śliczne? Aż się chce zrobić z niego animację. Tylko kto to przeczyta! Który lektor!

Bardziej „zawodowy punkt widzenia”, to dość nowy blog pod wymownym tytułem animatedjobs. Generalnie są to ogłoszenia o pracy dla tych, co animują. Ale nie tak całkiem „na sucho”, bo czasami wkleją przykład z takich, których należy się wystrzegać, a czasami jakąś inną złotą myśl na ten temat wtrącą. Skoro już jesteśmy przy tym, to oczywiście obowiązkowe są trzy blogi spod znaku Animation Mentor. Ich wspólny, Animation Tips& Tricks, oraz dwa indywidualne – Bobby Beck i Carlos Baena. W czytniku i tak zlewają mi się w jedno. Bardzo interesujące jedno.

Na naszym (polskojęzycznym) gruncie niestety niewiele znajduję na temat animacji itepe. Może słabo szukam. Klasą powyższym mentorom dorównuje sławne Platige Image, co jakiś czas częstujące ciekawostkami ze swojej pracy. Rośnie jak na drożdżach portal Filmaster.pl, którego użytkowniczka Aquilla napisała artykuł wart conajmniej dodania do Delicious: Spinacz – dobre darmowe filmy w  Internecie (legalnie). To a propos manifestów, remikserów i takich różnych… w Filmasterze podoba mi się jeszcze to, że ich forum wygląda jak kolumny gazet, zamiast jak zwykłe forum. Mam nadzieję, że rozpoczyna to trend niebanalnie wyglądających forów. W końcu mamy Web 2.0.

Teraz jeszcze parę perełek po polsku. O dwóch dowiedziałam się dopiero dzisiaj (właściwie wstyd się przyznać…), ale obie są ewidentną lekturą obowiązkową. Magda Umer i Andrzej Poniedzielski korespondują ze sobą i z nami.  Drugie odkrycie, to blog Marii Czubaszek . Wygląda na to, że jest takich więcej. Czytam jeszcze, jak Chaciński pisze o muzyce, a  jakoś nie czytam Kominka. Nie moja nisza może, czy coś. Ale to nieczytanie uświadamiają mi co jakiś czas inne blogi.

Wracając do anglojęzycznej blogosfery – oto najnowsza notka na blogu New York Times’a dotyczącym fotografii. Właśnie odkryli osiemnastolatkę z Afryki robiącą piękne zdjęcia. Potrafią pokazać nie tylko fotografie, bo cały blog jest zaprojektowany po mistrzowsku, taki „pod krawatem”. Czytam też uroczego bloga Juliet Chase, bo pisze z niezmiennym dowcipem i ironią. Na przykład o ważnych świętach w czerwcu albo o ślimaku odkrytym w Walii. Albo o tym, jak wypromować swój ulubiony eksperyment artystyczny jako dzieło sztuki, w trzech prostych krokach. Ostatnie chyba najbliższe jest temu, co Autorka robi zawodowo.

Na deser Mudbubble, czyli strona pewnego flashowca. Też ma bloga, którego jednak nie czytam, tylko czasem oglądam fantastyczne portfolio. Skoro już przy tym jesteśmy, to nie zaszkodzi jeszcze jeden deser: The Unseen Video. A skoro już… to może jeszcze Samorost dla równowagi. Trzy desery wystarczą :)

Ed-meister

Ed-meister

Rekrutacja na ASP we Wrocławiu w kilku słowach napisanych z punktu widzenia zeszłorocznej zdawaczki. Konkretnie Sztuka Mediów, ale procedury i obyczaje są dość podobne na wszystkich głównych kierunkach. Po roku obcowania z niniejszą Akademią zapewniam, że warto.

Ci, którzy postanowili w tym roku powalczyć o indeks, na pewno wiedzą że info o wszelkich formalnościach znajduje się na stronie www.asp.wroc.pl w zakładce „rekrutacja”. Poniżej mój punkt widzenia, m.in. dla tych, co mnie pytają na Naszej Klasie o tego typu sprawy ;)

Najpierw wypunktuję, dlaczego warto.

  • Dziekanat. Nie samą sztuką i nauką człowiek żyje, trzeba także zmagać się z biurokracją. Dziekanat ASP to coś niebywałego. Pani w dziekanacie jest nie tylko miła. Jest aniołem. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ją cokolwiek zdenerwowało. Nigdy nie słyszałam „proszę wyjść, zaczynam pracę za trzy minuty” albo „proszę wyjść, za trzy minuty kończę pracę”. Ten jeden powód jest wystarczający.
  • Sztuka Mediów. Brzmi jak „sztuka mięsa”, dziwnie się kojarzy z nieartystyczną reklamą i wzgardzoną przez Prawdziwych Artystów grafiką komputerową, a do tego ma w nazwie „sztuka”. Mi się podoba jej podskórna przypadkowość i niedopasowanie. Przede wszystkim jest nowa – będzie tym, czym chcemy żeby była. Marzenie!
  • Bycie Barbie Artystką/Kenem Artystą. Mówi się, że wielu z tego powodu tu zdaje. Szczególnie Antropologia lubi sobie w ten sposób szydzić. Bo Prawdziwy Artysta, to ten Teofil Ociepka, ten Nikifor, mówią antropolodzy. Nie taki tresowany do rysowania i malowania, tylko taki z wewnętrzną potrzebą. Są tacy, co zdają tu by lansować się kampowo i queerowo? Jako artysta z dredami, zamiast człowiek z dredami? Być może.

Bez względu na to, czy ktoś nie chce się użerać z uniwersyteckim dziekanatem, czy chce tworzyć historię Sztuki Mediów, czy też zależy mu na lansie, będzie musiał przejść drogę następującą:

  • Przegląd teczek. Czyli wstępny odsiew tych, którzy:
    • Mają za mało prac
    • Nie potrafią rysować/malować z natury
    • Nie uda im się pokazać swoich najlepszych prac

    Generalnie, zasada „im więcej, tym lepiej” (byle najlepsze było na wierzchu) towarzyszy wszystkiemu, co się tu robi i niekoniecznie jest moją ulubioną, bo czasami brak jej pomyślunku. Ale fakt jest faktem. Oprócz tego, trzeba pilnie chodzić na kurs i maraton, najlepsze prace pokazać najpierw (choćby nie wiem co), a jako bonus pochwalić się swoimi zdjęciami, animacjami czy co tam kto ma.

  • Później zdaje się egzamin z malarstwa i z rysunku, który należy potraktować bardziej jak sprawdzian w stylu „kto dłużej wytrzyma pod wodą”, niż miło spędzony dzień, kiedy inni męczą się nad testami albo robią coś jeszcze mniej przyjemnego. Nie należy dać się nabrać na bardziej wyluzowaną atmosferę, niż gdzie indziej. Zdawanie egzaminów wstępnych jest sportem wytrzymałościowym, którym rządzi prawo dżungli.
  • Na końcu jest egzamin specjalistyczny, na którym będzie aktualne widzimisię osób go wymyślających. W zeszłym roku mieliśmy narysować komiks. Pierwszy i ostatni obrazek był – drzwi, resztę kratek mieliśmy wypełnić własnym pomysłem. Oprócz tego rysowaliśmy pomysł na postać, którą chcielibyśmy animować. Robiliśmy także kilka fotografii w studio, aparatem wypożyczonym przez szkołę. Na grafice rysowali „portret zupy” i chyba coś jeszcze.
  • Obrona. Każdy miał urządzoną „wystawkę” swoich egzaminacyjnych dzieł – malarstwo, rysunek, zadania specjalistyczne, fotografie wyświetlone z rzutnika na ścianie. Ciało Pedagogiczne przyglądało się kandydatowi, który starał się przekonać je do siebie, opowiedzieć o każdej pracy a także o sobie, wykazać się motywacją, rozumem i urokiem osobistym.
kimberlyfaye

kimberlyfaye

Wiadomo, że przemysł filmowo-reklamowy jest najbardziej kuszącą i lukratywną opcją dla tych, którzy potrafią nagrać film, zrobić animację, czy posłużyć się programem komputerowym dla stworzenia mniej lub bardziej interaktywnego dzieła. Jednak uważam, że zanim się w ów przemysł wkroczy, trzeba przynajmniej spróbować być artystą.

A skoro już próbujemy być artystami, to przy okazji możemy spróbować zbawić świat. Lepiej jednak nie traktować sprawy zbyt poważnie. Pamiętajmy, że przed nami już wielu próbowało… ale do rzeczy. Po pierwsze, niekoniecznie zbawimy świat uprawiając tak zwaną „sztukę dla sztuki”. Owszem, to też jest słuszne i przydaje się nam jeśli ćwiczymy warsztat – a jak studiujemy na Akademii Sztuk Pięknych, to jest to wręcz naszym chlebem powszednim.

Co innego, gdy chcemy zbawić świat. Wtedy nasza sztuka musi mieć sens. Jak powiedział Adam Fuss w rozmowie z Kamilem Kuskowskim:

Moją sztuką chce prowokować wyobraźnię. Chciałbym, żeby odbiorca czuł, że staje się jej ważną częścią.”

Inspirujące może być też słynne motto firmy Google, „don’t be evil” – nie czynić zła. Idea ta, jakkolwiek trudna i relatywna, jest moim zdaniem bardzo ważna. Trudność nie powinna nas odstraszać; wręcz przeciwnie, niech będzie wyzwaniem. Pamiętam, że kilka lat temu w pewnej pracowni widziałam studentkę tworzącą swoją pracę dyplomową. Nie wiem, kto to był i co, ale na obrazku było dużo różowego i serduszko obrębione błyskotkami. Uznałam to za odważne wyzwanie rzucone kiczom i Barbie Artystkom oraz Kenom Artystom. Niech więc nas inspirują dobre działania ze szczyptą prowokacji. Na przykład kwiatuchi!

Druga sprawa, okropnie ważna, jeśli chcemy zbawiać świat za pomocą sztuki: kryzys ekonomiczny. O ile nie musimy od razu być politykami (a zwłaszcza im służyć!), to warto robić codzienną prasówkę i wiedzieć, na czym świat stoi. Kryzys ekonomiczny sprawił, że pewne szaleństwa (na przykład kredytowe) przestały się opłacać – i może kilka złych rozwiązań nie powróci. Za to jest to dobry moment, by wspierać lokalność, naturalność, ekologię i zdrowy tryb życia.

Tworzenie naszego osobistego planu zbawienia świata za pomocą sztuki zacznijmy od kilku inspiracji. Przede wszystkim, przykłady eko-architektury.

by labguest

labguest

Temat staje się coraz bardziej popularny, więc można wiele o tym znaleźć w czasopismach, literaturze, internecie. Niektórzy budują nie tylko domy bardziej ekologiczne, ale wręcz samowystarczalne. Można by o tym napisać bardzo wiele, więc niech to będzie osobny artykuł. Przy tej okazji warto poświęcić uwagę wszelkiego rodzaju mniejszościom; etnicznym, kulturowym, seksualnym. Dorzucić do tego naukę tolerancji, kwestię uczciwego handlu, przyprawić szczyptą lokalności i pamiętać o słabszych – dzieciach, ludziach wykluczonych społecznie, biednych. Przebogate pole do popisu dla artystów! Jest nawet zdrowa żywność dla psów i kotów.

Od czego zacząć? Przede wszystkim od tego, co jest naszą pasją. Jak będziemy coś robić z pasją, to reszta sama się poukłada, ale warto też zadecydować o kontekście swojego działania. W jakimś stopniu zawsze ono będzie lokalne – czy w tej lokalnej społeczności będziemy wspierać jej potencjał, czy też iść pod prąd? No i nawiązując do niedawnej kwestii poruszanej na Sympozjum Expanded City – pamiętajmy, że istnieją inne kultury niż miejskie i wiele można się od nich nauczyć. Może to nawet być jednym z najważniejszych elementów zbawiania świata za pomocą sztuki.

To miał być poukładany i przemyślany artykuł napisany według recepty z bloga www.skelliewag.org… ale wygląda na to, że wyszło jak zwykle. Cóż, ocenę pozostawiam czytelnikom i ruszam zbawiać świat!

Film a wideo

Jest zasadnicza różnica między filmem fabularnym a tak zwaną sztuką wideo, moim zdaniem działająca na niekorzyść tej ostatniej. Wikipedia definiuje zarówno film, jak i wideo, więc można z grubsza zorientować się w czym rzecz. Linkuję do definicji filmu krótkometrażowego, bo bardziej pasuje do tematyki tego bloga i bliżej mu do wideo, niż filmom w ogóle.

Najbardziej znanym przedstawicielem sztuki wideo jest Nam June Paik, dość mocno lansowany także przez wrocławskie Centrum Sztuki Mediów. Niestety, nie przekonuje mnie on do siebie, ale tak samo jest z większością dzieł mieszczących się w tej kategorii. Wolę, gdy film ma choćby zarys fabuły, mimo że mi samej sprawia to zawsze największą trudność. Czasami wydaje się, że wystarczy, jeśli film będzie obrazem, najwyżej zmiennym w czasie. Ale później się przeważnie okazuje, że taki film jest zwyczajnie nudny; albo jego trwanie w czasie jest nieuzasadnione i lepiej by było go namalować na płótnie.

Granica zawsze jest płynna, zwłaszcza między tymi dwoma rodzajami ruchomego obrazu. W sferze „pomiędzy” pojawiają się między innymi filmy, których fabuła jest okrojona do minimum, a oprócz tego są intrygujące wizualnie. Podczas tegorocznego Biennale Sztuki Mediów, do takich filmów należał „Secret Life” Joanny Hoffmann. Poniższa ilustracja jest kadrem z jej filmu, linkującym do strony autorki:

"Secret Life", Joanna Hoffmann

"Secret Life", Joanna Hoffmann

Film jest krótką impresją na temat tak zwanej „pięknoty życia” (określenie zapożyczam od pana Lucka z ulicy Grabowej) w wymiarze mikroskopijnym, ale przenikającym się ze skalą makrokosmiczną. Gdzieś pomiędzy jest także odniesienie do naszej ludzkiej egzystencji. W napisach końcowych odnajdziemy pokaźną listę różnorodnych profesorów, którzy zajmują się tymi sprawami naukowo i przy okazji tworzą takie obrazy, jak powyższy. Film jest moim zdaniem bardzo piękny. Jego treścią jest kilka teorii naukowych, które zapewne są tematem dzisiejszych badań. Pokazuje „duszę” jaka za tymi teoriami stoi; nadzieję na zrozumienie istoty życia. Jest też swoistym haiku złożonym z prawdopodobnie długich i skomplikowanych procesów dowodzenia tychże teorii.

Więcej tego rodzaju przykładów można odnaleźć na takich stronach, jak Visual Complexity, czy Space Collective (tą drugą stronę łączy z tym filmem raczej wspólna tematyka, niż forma). Drugim przykładem mieszczącym się gdzieś pomiędzy tymi kategoriami jest krótki filmik pod tytułem „Bars & Tones”:

Nie wiem, w której kategorii należałoby go formalnie zaklasyfikować, ale i tak najfajniej jest być pomiędzy… różnica między tymi przykładami a sztuką wideo która mnie nie przekonuje polega na tym, że to wideo, które nie ma nawet minimalnej fabuły, wydaje się cały czas stać w miejscu. Ruch który widzimy każe oczekiwać jakiejś wypowiedzi, tymczasem nic takiego nie następuje. Z drugiej strony, pewnie na tym właśnie polega duża trudność w tworzeniu filmu krótkometrażowego. Wymyślić krótką historię tak, żeby była wciągająca jest jeszcze trudniej niż opowiedzieć dowcip tak, żeby był śmieszny…

To mi przypomina pewne zdarzenie z giełdy fotograficznej (sobota o godzinie 9.00 w Klubie Kolejarza na Dworcu Głównym we Wrocławiu). Dwóch fotografików rozmawiało wtedy na temat swojego kolegi. Jeden opowiadał drugiemu, że ten trzeci jest aktualnie zajęty pisaniem scenariusza do zdjęcia. Najpierw wywołał zdziwienie, ale później obaj stwierdzili, że może to być nawet trudniejsze, niż napisanie scenariusza dla całego filmu. W końcu całą tą historię trzeba opowiedzieć jednym obrazem.

RiP: A Remix Manifesto

remix Niedawno dowiedziałam się, że internetowe kino Iplex ma w swojej ofercie filmy z festiwalu Planete Doc Review. Między innymi dokument pt. „Kultura Remiksu”, w którym reżyser Brett Gaylor twierdzi, że prawo do własności intelektualnej wymknęło się spod kontroli i dziś działa przeciwko artystom, służąc interesom korporacji. Punktem wyjścia jest nielegalne ściąganie i remiksowanie muzyki z sieci. Ale to dopiero początek.

Jednym z głównych bohaterów filmu jest artysta o pseudonimie Girl Talk, którego jedynym instrumentem muzycznym jest komputer – tworzy remiksy znanych utworów muzycznych. Mimo że nie posiada praw autorskich do utworów z których korzysta, to nie artystom nadeptuje na odcisk, ale korporacjom. Artyści nawet uczestniczą w jego koncertach. Głównym problemem jest więc to, że wprowadzanie biznesowej logiki w świat twórczości i sztuki jest szkodliwe i blokuje rozwój kultury. Film opowiada także o tym, jak zespół Radiohead zburzył mur dzielący artystów, remikserów i fanów tworząc wspólnie z nimi swój album „In Rainbows”. Rozprowadzał go za pomocą sprzedaży internetowej, a każdy użytkownik samodzielnie ustalał cenę jaką zapłaci; zyski znacznie przekroczyły wcześniejsze zarobki zespołu.

Reżyser oddaje głos prawnikowi o nazwisku Lawrence Lessig, który broni wolności twórczej, wspiera tworzenie licencji Creative Commons i pomógł sfromułować główną tezę filmu – „A Remixer’s Manifesto”:

A Remixer’s Manifesto / Manifest remiksera

  1. Culture Always Builds on the Past / Kultura zawsze buduje na przeszłości.

  2. The Past Always Tries to Control the Future / Przeszłość zawsze próbuje kontrolować przyszłość.

  3. Our Future is Becoming Less Free / Nasza przyszłość staje się mniej wolna.

  4. To Build Free Societies You Must Limit the Control of the Past / By budować społeczeństwa wolności, trzeba ograniczyć kontrolę przeszłości.

Girl Talk koncertuje wieczorami, ale  „remiksy” tworzy także za biurkiem, opracowując badania naukowe w laboratorium medycznym. Jak twierdzi, także tutaj ochrona praw autorskich (konkretnie prawa patentowe) staje się przeszkodą, utrudniając rozwijanie niektórych badań. Może nawet zmniejszenie tej kontroli przyspieszyłoby wynalezienie lekarstwa na raka?

Brett Gaylor mówi także o historii prawa autorskiego, by pokazać jak jego zaostrzanie zaczęło działać na szkodę nie tylko artystów, ale także samych Stanów Zjednoczonych. W tym kraju doprowadzono do irracjonalnego zaostrzenia tych praw, stawiając przed sądem miliony obywateli (nawet pastora z Teksasu). Jako pozytywny przykład podaje Brazylię, w której prawa autorskie są dużo bardziej liberalne – i twierdzi, że tak powinno być we wszystkich krajach, zwłaszcza w krajach rozwijających się, gdzie należy wspomagać kreatywność i rozpowszechniać wiedzę.

To właśnie dzielenie się wiedzą jest znakiem naszych czasów, a komputer podłączony do Internetu jest głównym narzędziem. Powinien być narzędziem które pozwala tworzyć, łączyć, być usłyszanym. Brazylijski artysta, a od 2003 roku tamtejszy minister kultury Gilberto Gil, staje się w filmie jednym z głównych guru dążących do tego celu. Warto też posłuchać wykładu Lawrence’a Lessiga w TED, mówiącego o prawach które chcą zdusić kreatywność. Jest też polska strona na temat prawa autorskiego u nas.

Na koniec bardzo ciekawa inicjatywa autora tego dokumentu, strona pod tytułem Open Source Cinema. Tam można dobrać się do materiału źródłowego Manifestu Remiksera, dołączyć swój własny i tym samym zabrać głos w dyskusji. Tym sposobem autor tego świetnego dokumentu chce zakończyć erę pasywnych konsumentów. Najnowsza wersja jest cały czas dostępna, wraz z zaproszeniem do współtworzenia: RiP: A Remix Manifesto.

Drzewo Zdjęcie obok pochodzi z filmu „Jestem bardziej drzewem niż człowiekiem”, którego autorem jest Tomasz Domański. Był to jeden z filmów polskich wyświetlanych w sobotnim pokazie pozakonkursowym. Przedtem miało miejsce spotkanie z reprezentantami instytucji kultury, dotyczące przyszłych projektów Centrum Sztuki WRO. Onieśmieliło ono autorkę niniejszego bloga, która z tej przyczyny wymknęła się niepostrzeżenie. Chociaż mogła powiedzieć, że reprezentuje Akademię Sztuk Pięknych. Niech teraz żałuje!

A my przejdźmy do meritum, czyli do zwycięzców tegorocznego konkursu. Wygrały trzy filmy oraz jedna instalacja. Pierwszą nagrodę zdobił film Hopeless Land (Wei Liu, Wuwang de Tudi), mikro-dokument na temat beznadziejnej sytuacji najbiedniejszej warstwy społeczeństwa w Chinach. Jury (w składzie: Anetta Mona Chisa, Grzegorz Borkowski, Bruce Checefsky, Gabriel Soucheyre) tak uzasadniło swój wybór:

Kryteria naszego wyboru były równie różnorodne jak nasze indywidualne doświadczenia. Zgodnie stwierdziliśmy jednak, że sednem wybranej pracy powinno być społeczne i polityczne zaangażowanie, świadomość wyzwań dwudziestego pierwszego wieku i jego rozwijających się alternatyw, respekt dla wartości humanistycznych oraz integracja zamysłu w zakresie technologii z konstruowanym przesłaniem.
Za: wro09.wrocenter.pl

Z niewiadomych przyczyn, zwycięzca nie mógł pojawić się na uroczystości. Ogłoszono także trzy wyróżnienia:

  • Plot Point, Nicolas Provost
  • (The Never Ending) Operetta, Istvan Kantor

Myślę, że wyborem zwycięzcy trochę kierowała poprawność polityczna… może nawet chęć podkreślenia międzynarodowego, ba, międzykontynentalnego charakteru Biennale? Film oczywiście spełniał swoje zadanie, był ciekawy i wywoływał emocje. Jednak sądzę, że pierwsze nagrody powinien zdobywać jako film dokumentalny – chociaż krótkometrażowy. Chyba najbardziej odstawał od klimatu „Biennale Sztuki Mediów” i „Expanded City”.

Plot Point miał dwie mocne strony: montaż i ścieżkę dźwiękową. Treścią filmu były ujęcia nowojorskiego skrzyżowania. Kamera lawirowała między przechodniami w kolorowej kakofonii, co jakiś czas pokazując zbliżenia twarzy przypadkowych ludzi, wyróżniając pozornie nic nie znaczące detale, nakłaniając widza do łączenia przypadkowych znaków. Niektóre ujęcia się powtarzały. Wszystkiemu towarzyszyła muzyka budująca nastrój oczekiwania. Dźwięki nie były nowe ani dziwne, znamy je z tak zwanych „holywoodzkich filmów” – pojawiają się, gdy za winklem czai się podejrzany typ i zaraz ma się coś wydarzyć. Po pewnym czasie te dźwiękowo – wizualne sugestie kazały nam doszukiwać się czegoś „podejrzanego” w początkowo normalnej miejskiej krzątaninie. Na budowaniu nastroju się skończyło; zakończenie rozładowało atmosferę, pokazując że była to tylko sugestia lekkiej paranoi. Bardzo urocze moim zdaniem – i czy nie zdarza nam się co jakiś czas?

Trzeci film, (The Never Ending) Operetta, był histeryczno – teatralnym manifestem na temat nieszczęśliwego życia mieszkańca dziwnych okolic miejskich, takich o które się nie dba i rządzą w nich wyziewy fabryk. Istvan Kantor musi być jednym z tych ludzi, których fantastycznie jest spotkać, bo można przy nich naładować baterie na resztę życia. Film był jednym wielkim teledyskiem, w którym autor rzucał się po scenie, śpiewał wierszem, tańczył i wykonywał jeden wielki performance. Kiedy ekran migał na czerwono-fioletowo, albo obraz składał się z conajmniej kilku warstw i na każdej coś się działo, można było stwierdzić że to za wiele. Warto było jednak wytrwać; mi w każdym razie się podobało. Film wyróżniał się jeszcze jednym: była w nim jakaś opowieść. Pozostałe pokazy (i chyba tym się w ogóle różni wideo od filmu…) stanowiły raczej kilku(nasto) minutowe obrazy, tyle że ruchome. Wolę jednak fabularną wersję. No i jeszcze było widać, że główny bohater jest aktorem… polecam!

A oto jedyna w tym gronie instalacja – SINE. Bardzo poetycka. Pod wskazanym linkiem można poczytać i obejrzeć.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.